Centrum Duchowości  
   
 
 
 

.:: XVII Tyski Wieczór Uwielbienia - wybrane świadectwa ::.

Szczęść Boże
Jesteśmy razem z żoną od 10 lat w ruchu Kościół Domowy. Do tej pory z tym sposobem modlitwy uwielbienia spotkałem się kilkukrotnie na letnich rekolekcjach dla rodzin i za każdym razem wywoływał we mnie pewien rodzaj oporu, niedowierzania i szyderczego uśmiechu. Do tych rekolekcji nikt by mnie na coś takiego nie wyciągnął. Tymczasem w tym roku Pan zdziałał tak wielkie cuda we mnie i w naszej wspólnocie, że ze sceptyka stałem się wielkim entuzjastą takiego sposobu modlitwy.

Na tychże rekolekcjach dowiedzieliśmy się, że taki dzień uwielbienia ma się odbyć w Tychach 22.10.2011. Mówiąc szczerze czas oczekiwania był dla mnie długi, a droga, choć to 320 km, wydała się któtkim spacerkiem.

Jadąc tam nie miałem wiekszych oczekiwań prócz tego, że chciałem spotkać się z Panem, zobaczyć opętanych, a może sam zacznę mówić językami albo coś innego spektakularnego :-)) ... Dobrze, a teraz poważnie.

Ponieważ pierwszy raz braliśmy udział w tego typu spotkaniu, to zostaliśmy odpowiednio poinstruowani przez braci, jak może być i jak mamy się zachowywać czy reagować itp. Ja zamykałem oczy i pragnąłem spotkać się z Panem, radować jego obecnością, czułem się tak rewelacyjnie.

W pewnym momencie prowadzący mówi o tym, że będziemy się modlić za tych, co mają kłopoty zdrowotne z kręgosłupem i ze stawami. Oczywiście nie jestem okazem zdrowia i pomyślałem, że chodzi też o mnie. Po chwili jednak dotarło do mnie, że ja tak naprawdę mam niewielkie dolegliwości, ale moja żona ma dość ostre bóle w krzyżu, które są pozostałością po urodzeniu trójki dzieci.

Pan wzbudził we mnie wielkie pragnienie modlenia się za nią i... kiedy modlitwy się zakończyły, a Ewa się podniosła, oznajmiła mi że KRZYŻ JĄ NIE BOLI, NIE MA BÓLU I MOŻE NORMALNIE SIĘ PORUSZAĆ!! "PAN MNIE UZDROWIŁ". Wtedy uśmiechnąłem się i dziękowaliśmy Panu za kolejny WIELKI CUD w naszym życiu. Do dnia dzisiejszego dzielimy się tym i z innymi ludźmi, i z braćmi w wierze. 

Andrzej z Leszna, 37 lat


Na XVII Tyski Wieczór Uwielbienia przyjechałam zachęcona przez przyjaciółkę. Wiedziałam mniej więcej, czego można się spodziewać i pragnęłam tam po prostu być i modlić się. Dla siebie nie chciałam szczególnie o nic prosić, najbardziej zależało mi na tym, żeby mój chłopak oraz jego przyjaciel mogli doświadczyć tam łaski. Stało się jednak inaczej, to ja otrzymałam najwięcej.

Poprzedni rok był dla mnie szczególnie trudny, nawarstwiały się rozmaite problemy, wychodziły jeden po drugim – nieuporządkowana przeszłość, zranienia z dzieciństwa, świadomość zła, które otrzymywałam od samego początku, oraz tego, które sama dawałam, przygniatała mnie, nie miałam już siły dłużej tego nieść.

Jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika, byłam wówczas od kilku miesięcy na psychoterapii, a wtedy przed TWU od dłuższego czasu budziłam się każdego ranka z przerażeniem – pierwsze rejestrowane odczucie było nieokreślonym, przygniatającym strachem, nie miałam w ogóle siły wstawać z łóżka...

Po Eucharystii, kiedy zaczęło się uwielbienie, stałam wciąż w kolejce do konfesjonału, choć nie byłam pewna, czy w ogóle uda mi się przystąpić do spowiedzi. W pewnym momencie jednak zrobiło się miejsce i wszystko wskazywało na to, że przyszła moja kolej.

Po pierwszych zdaniach wypowiedzianych do kapłana usłyszałam słowa proroctwa. Pan Jezus chciał przemówić do serca młodej kobiety... Nie padło moje imię, ale od samego początku nie miałam najmniejszych wątpliwości, że mówi do mnie. Powiedział, że wie o wszystkim, co przeszłam, był wówczas przy mnie, że wszystko co złe dawno mi już wybaczył... Usłyszałam także, że mam się więcej nie bać, bo od tej pory już wiem, że zawsze będzie przy mnie...

Nigdy w życiu nie dostałam większego prezentu. To On jest Drogą, Prawdą i Życiem, ale także najcudowniejszym Oblubieńcem, który kroczy ze mną... troszczy się o moje serce. Strach odszedł, jeśli wraca – przypominam sobie tylko Jego słowa. Chwała Panu!

Magdalena, 25 lat


Każdy TWU jest dla mnie okazją spotkania żywego Boga, który jest i który działa, a także doświadczenia żywego Kościoła. I chociaż w obecności kilku tysięcy osób, to jednak zawsze sam na sam z Panem... w Jego niesamowitej bliskości. Październikowy TWU był moim trzecim z kolei.

Do dziś pamiętam Słowo, które wtedy mnie dotknęło, było to wezwanie do nawrócenia... Nie ukrywam, że zupełnie czego innego się spodziewałam. Usłyszałam, że tylko Jezus daje Nowe Życie.

Ja - animator, człowiek żyjący blisko Boga i Kościoła, ma się nawrócić. Niby paradoks, a jednak coś w tym było...

Dziś dziękuję Panu Bogu za to, że wyrwał mnie z mojego wewnętrznego schematu, pozornej doskonałości. Pokazał mi, że stale potrzeba mi Jego łaski, Jego Nowego Życia.
Chwała Panu!

Beata


Na Tyski Wieczór Uwielbienia przyjechałam za namową koleżanki. Niczego nie oczekiwałam od tej modlitwy. Przyjechałam, bo byłam ciekawa, jak to wygląda.

Ale ten wieczór miał dla mnie duże znaczenie. Na początku podczas Eucharystii czułam się zagubiona, przestraszona. Ksiądz powtarzał, że mamy korzystać z sakramentu spowiedzi. A ja w tym czasie miałam tysiąc myśli! Musiałam trochę ochłonąć i wyszłam z kościoła, ale gdy wróciłam podczas modlitwy o uzdrowienie, poczułam potrzebę pójścia do spowiedzi świętej.

Udało mi się to dopiero, gdy wszyscy wychodzili z Kościoła.
Chwyciłam za rękę księdza, który stał na mojej drodze i poprosiłam o spowiedź. Trzymałam go za rękę, dopóki się nie zgodził. Po spowiedzi przyjęłam Komunię świętą i łzy same mi płynęły.

Poczułam, że zaczyna się nowy etap w moim życiu. Zrozumiałam, co straciłam odwracając się od Boga, i pragnę to naprawić. Tyski Wieczór Uwielbienia okazał się początkiem mojej drogi ku Jezusowi. I za to chwała Panu.

Gabrysia


Na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłem po raz pierwszy wraz z żoną.
O TWU słyszałem już dawno, ale nigdy nie przywiązywałem większego znaczenia do tego typu spotkań, aż do momentu kiedy uczestniczyłem w Seminarium Odnowy Wiary.
Na jednym ze spotkań w grupach jeden z uczestników opowiadał o niesamowitym przeżyciu tego wieczoru.

Jadąć na XVII TWU byliśmy z żoną pełni obaw, jak takie spotkanie będzie wyglądało i co tam się dzieje. W trakcie modlitwy o uzdrowienie osoby z problemami stawowo-kostnymi zostały poproszone o podniesienie ręki. Kiedy trwała ta modlitwa, miałem podniesioną rękę, a łzy płyneły mi po policzkach.

Życzę każdemu doznania takiej miłości Boga, którą każdego dnia odkrywam coraz mocniej.
Chwała Panu

Michał, 35 lat


Moje pierwsze spotkanie z Tyskim Wieczorem Uwielbienia odbyło się kilka lat temu. Nie wiedziałam wtedy, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony zazdrościłam ludziom, którzy mają tak silną wiarę, a z drugiej stwierdziłam, że to nie dla mnie i chyba wolę twardo stąpać po ziemi. Urodziłam się w katolickiej rodzinie i niedzielna Eucharystia była normalnością, chodziłam też na oazę i słyszałam o charyzmatach, pozostawałam jednak z boku.

Myślałam, że to była raczej ostatnia wizyta na takiej modlitwie, tym bardziej, że modląc się o miłość – byłam tam ze swoim chłopakiem – usłyszałam, że nie będziemy razem.

Teraz patrząc na to z perspektywy czasu wiem, że to nie był wymysł mojej wyobraźni, tylko Jezus chciał mnie uchronić od późniejszego cierpienia. Nie tylko wtedy sprzeciwiłam się Jego woli. Nigdy przejmowanie spraw w moje ręce nie wychodziło mi na dobre. Bóg jednak nigdy o mnie nie zapomniał.

Chciałabym zaapelować do wszystkich, którzy może nie zawsze są bardzo blisko Boga i czasem błądzą odstawiając Go na dalszy plan, aby nigdy nie rezygnowali z niedzielnej Eucharystii, wiem, że to ona daje siłę do życia.

W moim życiu sporo się działo, raz było z górki, raz pod górkę. W momencie największego kryzysu, kiedy nie dawałam już rady, stwierdziłam: "Panie Boże, stworzyłeś mnie, abym była szczęśliwa, dlatego zrób ze mną, co chcesz, bo ja już nie mam siły". I wtedy dostąpiłam ogromnej łaski, charyzmatu zaśnięcia w Panu.

Tego, co wtedy czułam, nie da się opisać słowami, ogrom miłości, której nigdy wcześniej nie czułam, kochające ramiona, w które się wtuliłam i czułam się taka szczęśliwa i bezpieczna. Od tego czasu, chociaż ciągle pojawiają się wątpliwości, wiem, że tylko z Bogiem będę szczęśliwa. Prowadzi mnie po różnych drogach, trafiam do różnych kościołów i na różne modlitwy.

Tak też trafiłam na XVII Tyski Wieczór Uwielbienia, tym razem chciałam tu przyjechać i już nie bałam się tego, co usłyszę. To był czas łaski. Podczas modlitwy kolejny raz dostąpiłam zaśnięcia w Panu. Zanim upadłam usłyszałam pytanie, czy tego chcę. Pojawiły się wątpliwości: tu jest tak ciasno i tak mało miejsca, może ktoś jest pierwszy raz i wystraszy się mojego upadku, co na to moje koleżanki, które już nie raz widziały, że upadam, może pomyślą, że robię to specjalnie... I wtedy ponowne pytanie: "Chcesz?" "Tak, Panie, chcę."

Czułam się cudownie, prowadziłam z Jezusem dialog na temat tego, co się dzieje w tym momencie na modlitwie, dziękowałam Mu za to, że uzdrawia i pomaga tylu ludziom, że jest obecny. Ogromny pokój serca i radość. Czułam też na sobie wzrok ludzi, którzy stali wokół, prosiłam Jezusa, abym była dla nich świadectwem, żeby widząc łaskę, jaką zostałam obdarzona, uwierzyli w Jego kochające serce, w to, że nie jest odległą postacią, o której krążą legendy, ale że jest prawdziwy i taki "na czasie", że jest obecny blisko wśród ludzi, a nie tylko gdzieś daleko w niebie i że zawsze można na Niego liczyć, bo On nie chce bólu i łez, On chce szczęścia każdego człowieka, tylko my nie zawsze chcemy Mu pozwolić wejść w nasze życie, blokując tym samym sobie dostęp do szczęścia.
Za tę bezgraniczną miłość Boga – Chwała Panu:)

Agnieszka, lat 27


Przyjechałam modlić się o rozwiązanie trudnej sytuacji życiowej, w jakiej się znalazłam. Miałam problemy natury emocjonalnej, nie potrafiłam określić swojej ścieżki życiowej - co dalej ze studiami, jaki zawód, praca. W domu też nie działo się dobrze. Czułam, że jestem z tym wszystkim sama, że nikt mnie nie rozumie. Chciałam zmienić swoje życie, ale nie wiedziałam, jak.

W czasie Wieczoru Uwielbienia stało się jednak coś, czego nie zapomnę. Kiedy kapłani rozdzielali Komunię św., wiele złych duchów manifestowało swoją obecność. W pewnym momencie poczułam, że moje ciało zaczyna drżeć i przeszywa mnie coś w rodzaju prądu. Trochę mnie to zasmuciło, nie spodziewałam się działania Boga w takich okolicznościach... Postanowiłam jednak nie zwracać na to uwagi, bowiem Bóg działa kiedy chce, gdzie chce i jak chce. Po Mszy odbywała się modlitwa, w którą starałam się jak najlepiej włączyć. Napotykałam jednak jakieś trudności z koncentracją. Pamiętam, że w pewnym momencie "wyłączyłam się".

Następnie proszono, by osoby mające problemy z kośćcem uniosły do góry ręce, bo Bóg pragnie je uzdrawiać. Pomyślałam - to nie dla mnie, ja przecież jestem zdrowa. Jednak zdjęta litością wobec kobiety stojącej blisko mnie z widoczną dysfunkcją kręgosłupa, prosiłam o jej uzdrowienie.

Wróciłam do domu z lekkim niedosytem, ale spokojem w sercu. Po kilku dniach zauważyłam jednak, że... stał się cud. Zostałam uleczona z bóli kręgosłupa w odcinku lędźwiowo-krzyżowym, które od jakiegoś czasu przeszkadzały mi w zasypianiu. Uświadomiłam sobie, że jest to namacalne potwierdzenie słów, które dotknęły mnie tamtego Wieczoru - że Bóg jest ze mną i pomoże mi we wszystkim, bym mogła zacząć nowe życie.
Chwała Panu!

Wioleta, 24 lata


Idąc na XVII Tyski Wieczór Uwielbienia zastanawiałem się, co Bóg dla mnie przygotował na ten czas łaski: może powie do mnie coś przez proroków, może da mi jakiś inny znak. Tymczasem On zadziałał w sposób, którego się nie spodziewałem, ponieważ mnie po prostu przytulił.

Kiedy kapłan z Najświętszym Sakramentem przedzierał się przez tłum, zatrzymał się nade mną tak blisko, że głowę mogłem oprzeć o monstrancję z Panem Jezusem (gdybym był niższy, postawił by mi pewnie Pana Jezusa na głowie :)). Poczułem wtedy głęboki pokój i radość. Za to doświadczenie Chwała Panu!

(bez podpisu)


Na XVII TWU byliśmy po raz pierwszy. TWU wywarł na nas niezapomniane wrażenie. Od samego początku czuć było wielką siłę modlitwy. Wszyscy ludzie odpowiadali na wezwanie oraz śpiewali jednym, potężnym chórem. Momentami miałam wrażenie, jakby powietrze drżało od siły tego mocnego, zdecydowanego głosu, który potrafiłby kruszyć skały. Wszyscy byli skupieni na modlitwie, na śpiewie, po prostu na uwielbieniu.

Wielkie wrażenie wywarł na mnie czas Komunii św., kiedy śpiewano z wielką mocą bardzo prostą pieśń, składającą się tylko ze słów "Jezus, Jezus". Do tego była prosta, ładna melodia. Powstał wielki chór śpiewających, bo większość ludzi już przystąpiła do Komunii św. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Był to krzyk mrożący krew w żyłach, powodujący gęsią skórkę. Byłam przerażona.

Krzyk dochodził gdzieś od strony zakrystii (tak mi się przynajmniej wydawało). Miał taką siłę, że słychać go było, nawet gdy śpiewał taki chór ludzi. Zaczęło się to podczas pieśni "Jezus, Jezus". Jaką siłę ma to Imię! Jednak ludzie nie zwracali uwagi na ten krzyk, tylko coraz głośniej śpiewali. Potem pieśń trochę ucichła i usłyszeliśmy słowa "Jezus zwycięży". I znów rozległ się krzyk (nie rozumiałam słów, ale potem na forum przeczytałam, że ta osoba krzyczała "Nie, nie, nie"). W dalszym ciągu śpiewana była pieśń "Jezus, Jezus". Czułam strach, ale z drugiej strony wiedziałam, że Jezus jest silniejszy i zwycięży. A na koniec śpiewano spokojnie "Błogosławię Cię". Krzyki się uciszyły. Chyba już po uciszeniu śpiewaliśmy "Jezus Chrystus jest Panem" i klaskaliśmy. Był to wspaniały moment zwycięstwa Jezusa.

Pamiętam, jak na koniec powiedziano, że wśród nas znajduje się dużo osób z chorymi kręgosłupami, stawami, kośćmi, narządami ruchu. I padła prośba, aby te osoby podniosły ręce, bo odbędzie się modlitwa o uzdrowienie tych osób.

Gdy tylko usłyszałam o osobach z chorym kręgosłupem, na chwilę zrobiło mi się gorąco.
Potem powiedziano, że chore osoby mogą poczuć delikatne ciepło. Ja poczułam delikatne ciepełko w odcinku lędźwiowym, z którym miałam problemy. Ale największe ciepło poczułam przy łopatkach. Potem zastanawiałam się, czy to ciepło nie pochodzi z ręki męża, o którą się opierałam. Ale ręka nie dotykała łopatek. Mąż odczuł ciepło w dłoni, w chwili gdy uniósł ją do góry. Niektórzy mówią, że tak działa psychika. Że bardzo chciałam, aby mój lędźwiowy kręgosłup (rok temu chorowałam na rwę kulszową) został uzdrowiony. Ale przecież wcale nie myślałam o łopatkach, a tam poczułam znacznie mocniejsze ciepło.

Dolegliwości lędźwiowej części kręgosłupa nadal mi towarzyszą, ale nie są one tak uciążliwe. I wcale nie to jest najważniejsze, że nadal są jakieś dolegliwości. Najważniejsze jest to, że zostałam dotknięta przez Pana.
Po tym wieczorze odmieniło się także moje serce.
Chwała Panu!

Agnieszka, 38 lat


XVII Tyski Wieczór Uwielbienia już na zawsze kojarzyć mi się będzie z... ananasem. Po kolei jednak. Był to mój drugi przyjazd do kościoła w Tychach na wieczór uwielbienia. Stał jednak pod znakiem zapytania. Na tydzień przed wyjazdem podjęłam decyzję, że nie jadę ze względu na napięte terminy czasowe w swojej pracy. Jednak kilka dni przed podszedł do mnie mój syn, czy pojedziemy z nim na ten Tyski Wieczór, o którym opowiadaliśmy mu po pierwszym przyjeździe.

Miał nadzieję na uzdrowienie, jest chory na nieuleczalną chorobę. Takiej prośbie się nie odmawia. Pojawił się jednak wielki niepokój, jak 11-letnie dziecko zniesie np. słuchanie zniewolonych osób. Zadzwoniłam więc do znajomego teologa, a ten wprost rzucił mi: czytałaś gdzieś w Biblii, że Bóg każe iść do domu dzieciom, jak wyrzuca złe duchy? Podjęliśmy więc z mężem decyzję. Jedziemy w trójkę, choć niepokój trochę pozostał.

Kiedy rozpoczęły się modlitwy uwielbienia, w mojej głowie tkwiła tylko jedna prośba: uzdrowienie z choroby syna, błagam, błagam. W pewnym momencie, gdy Bóg zwracał się do pewnej kobiety, powiedział do niej "córko". Pomyślałam wtedy: "Boże, jakie piękne, tak bym też chciała to usłyszeć".

Mój tata zmarł, jak miałam 2 latka. Nigdy nie usłyszałam takiego słowa z ust ojca. A potem ni stąd ni zowąd przyszła mi myśl o moim teściu, który pewnego dnia przestał się do mnie odzywać. Trwa to już kilka lat, nigdy, mimo pytań, nie powiedział dlaczego. Wraz z teściową przyjeżdżają do nas, odwiedzamy się, nie kłócimy, ale mija mnie jak powietrze. Wydawało mi się, że przyzwyczaiłam się już do tego traktowania, ale tam, klęcząc, nie wiadomo dlaczego przyszła myśl o teściu i ogromny ból, że mnie tak traktuje.

I wtedy nagle usłyszałam: "Zwracam się teraz do kobiety, która przyjechała tu z synem. Cieszę się, że tu jesteście. Córeczko (!!!) Przebacz. Oddawaj mi swój dom, dzieci. Przebacz, bo ja Ci też przebaczyłem." Wtedy mój syn pochylił się do mnie i mówi: "Mamo, to było do nas". Byłam w szoku, łzy płynęły po policzku. Po pierwsze kamień spadł z serca, że zabrałam tu syna. Bóg ucieszył się z tego! Usłyszałam też "córeczko!" Nie jestem w stanie opisać, co wtedy poczułam, na pewno, że mówi mi to Tata, no i to "przebacz". Jakby wyjęta z mojej głowy myśl.

Po powrocie do domu, w niedzielę zjechała się rodzina na urodziny córki. Teść i teściowa byli już od soboty, to oni pilnowali pozostałą dwójkę, kiedy byliśmy w Tychach. Mieszkają bardzo daleko. Jak Bóg to układa. Wszyscy byli na miejscu. Po obiedzie, przy kawie postanowiłam odpowiedzieć na prośbę Boga. Na stole panoszył się ananas, cała rozmowa skupiona była na tym, że ponoć obniża ciśnienie. Moje jednak niemiłosiernie rosło! Wypaliłam więc, że jeśli teraz czegoś nie powiem, to nawet trzy w całości zjedzone ananasy nie zbiją mojego szalonego ciśnienia.

Przed całą rodziną, także przed synem, powiedziałam teściowi, że mu wybaczam. Powiedziałam też, że go przepraszam. Wszyscy zaczęli klaskać, a on wstał i podał mi rękę. Tyle lat czekałam na ten gest z jego strony, nie przypuszczałam, że Bóg sprawi, że ja wyjdę z nim sama. Wprawdzie do wieczora rozmowa z teściem nie kleiła się, ale kamień z serca spadł ogromny. Na drugi dzień, w czasie ich podróży do domu, pomyślałam: "Boże, gdyby coś mu się stało, ma czystą kartę, ja też". Pojechałam uleczyć syna, a zostałam uleczona sama. Syn, widząc tę scenę pojednania był strasznie szczęśliwy. I nawet jeśli te słowa odebrały też do siebie inne kobiety z synami w kościele, to cudownie. U nas już przyniosły owoce. Smaczniejsze od ananasa. Chwała Panu.

Ola, 39 lat


Na XVII Tyski Wieczór Uwielbienia zaprosiła, a nawet - można powiedzieć - zaciągnęła mnie siostra. Prosiła już wcześniej, abym z nią poszła na XVI TWU, ale się wykręciłam, trochę z lenistwa, trochę ze strachu. W mojej rodzinie od kilku lat borykamy się z problemem alkoholizmu Taty, w ostatnim roku znacznie się to nasiliło. Spowodowało to u mnie frustrację, brak nadziei i może nawet żal do Pana Boga, że pomimo wielu naszych próśb nic z tym nie robi. Do tego jeszcze doszły problemy w moim małżeństwie, problemy w pracy i problemy finansowe. Byłam załamana, nie miałam nadziei na poprawę sytuacji i oddaliłam się od Pana Boga.

Co prawda nadal chodziłam w niedzielę do kościoła, ale sama czułam, że moja wiara nie jest już tak gorliwa jak kiedyś. Poszłam na XVII TWU bez spowiedzi, miałam zamiar wyspowiadać się w takcie Wieczoru. W czasie, kiedy stałam w kolejce do konfesjonału, ksiądz spowiadający w nim nagle wyszedł, nie mówiąc osobom czekającym na spowiedź, czy jeszcze przyjdzie. Za namową mamy po chwili wahania poszłam do następnego konfesjonału. Niestety nie zdążyłam się wyspowiadać przed Komunią. Ksiądz rozdawał Pana Jezusa tuż obok mnie, a ja nie mogłam go przyjąć.

Poczułam ogromny smutek i żal, że nie bedę mogła przyjąć Pana do swojego serca, pomyślałam, że mam dzięki temu nauczkę, że nie należy czekać ze spowiedzią do ostatniej chwili i że tyle niedziel mogłam skorzystać ze spowiedzi, a tego nie zrobiłam. Postanowiłam się jednak wyspowiadać. Jak wróciłam do miejsca, gdzie stała moja rodzina, siostra zapytała mnie, czy się wyspowiadałam i czy zdążyłam do Komunii. Jak usłyszała ode mnie, że jestem po spowiedzi, ale nie zdążyłam do Komunii, kazała mi szybko iść za sobą. Zaprowadziła mnie do kaplicy, gdzie jeszcze ksiądz komunikował i jako OSTATNIA OSOBA zdążyłam przyjąć Pana Jezusa.

Mojego szczęścia w tym momencie nie da się opisać, uważam, że to był cud. Później w trakcie modlitwy usłyszałam, że mamy zrobić przejście, bo obok będzie przechodził Ksiądz z Najświętszym Sakramentem. Nagle zaczęłam w duchu prosić Pana Jezusa, aby uratował moją rodzinę, bo tylko On może to zrobić, i zaczęłam strasznie płakać. Nie mogłam tego opanować, ale szlochałam i płakałam w głos. Nagle usłyszałam, że Pan Jezus przemawia teraz do młodej kobiety i że porusza jej serce płaczem, nie mogłam uwierzyć, że Pan mógłby się zwrócić akurat do mnie.

Nadal nie mogąc powstrzymać płaczu słyszałam, że ma ona poranione serce, i że Pan napełnia je miłością i chce, aby się na Niego otworzyła. W tym momencie podniosłam spuszczoną do tej pory głowę i zobaczyłam, że obok mnie się zatrzymał ksiądz z monstrancją w rękach. W tym też momencie chciałam spojrzeć na Pana, ale jednocześnie poczułam, że nie jestem tego godna i nie zrobiłam tego.

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Jak tylko ksiądz przeszedł dalej, mój płacz mnie opuścił i na to miejsce przyszła wielka radość, jakiej dawno nie doświadczyłam. W trakcie tego wieczoru przyszła mi też do głowy, a może raczej do serca, myśl, że rozwiązaniem naszego problemu z Tatą będzie przyjście całej rodziny (na XVII wieczorze nie było z nami Taty i jednej siostry) na kolejny XVIII Tyski Wieczór Uwielbienia. Poczułam, i jestem pewna tego, że jeśli będziemy tam się modlili całą rodziną, to Tata zostanie uzdrowiony. Tego dnia wieczorem, leżąc w łóżku po powrocie do domu, zdałam sobie sprawę, że czuję przyjemną lekkość w klatce piersiowej.

Piszę o tym, ponieważ od dłuższego czasu nieustannie czułam tam ogromny ciężar. Dziś minęly już prawie dwa tygodnie do tamtego wieczoru, a ja nadal czuję lekkość w sercu i pomimo tego, że wszystkie problemy mam nadal, to zyskałam nadzieję, że będzie lepiej, poza tym od tego czasu jestem dużo bliżej Pana Boga i na każdej Mszy, na której jestem, przyjmuję Go do swojego serca, a już dawno nie trwałam tak długo w stanie łaski uświęcającej. Dziękuję Ci, Panie Jezu, że mnie uzdrowiłeś, chociaż na to nie zasługiwałam. Twoja łaska jest niepojęta. Amen.

 
Marta, 29 lat


Od dwóch lat mam wielką łaskę wyznawać codziennie, że Jezus Chrystus jest moim Panem i Zbawicielem. Na XVII TWU doświadczyłam żywego Ducha Bożego, pierwszy raz na własnej skórze odczułam Jego powiew. Dziękuję Ci, Duchu Miłości, że "wiejesz, kędy chcesz".

Doznałam również jedności modlitwy wspólnotowej, moje myśli i słowa były zgodne z tym, co wypowiadał prowadzący, a moja modlitwa była gorliwa i skupiona na Trójjedynym Bogu. Dziękuję Bogu za te dary, bo żyć w Duchu to raj dla serca. Niech Jezus będzie uwielbiony w każdym człowieku!

Julia, lat 40


(...) bardzo ważna jest dla mnie relacja z Bogiem. To, by był w moim życiu obecny. Od jakiegoś czasu żyję, próbując doszukiwać się w modlitwach Jego myśli. Wiem, że istnieje, lecz Jego Istota w moim ludzkim wyobrażeniu była bardzo nieokreślona. Zaczęłam żywić ogromny szacunek i tolerancję wobec innych religii, a dokładniej: ludzi, którzy wokół paradygmatów pisanych przez ich religię szukają w głębi swego serca osobistej relacji z Bogiem. Ja też jej szukam.

Bóg jest dla mnie tak wielką tajemnicą, że odczuwam lęk przed nazywaniem i opisywaniem czegokolwiek, co Go dotyczy, gdyż istnieje ryzyko zniekształcenia, które wyraża coś, czego mówca może nie mieć na myśli... Kiedy ja mówię "Bóg", tylko ja sama wiem, Kogo mam sercem na myśli, pojawiają się m.in. wspomnienia związane z doświadczaniem Jego obecności. Może ktoś "rozumuje" podobnie i, tak jak ja, czuje, że nasze ludzkie, jakże subiektywne, wyobrażenia nie oddają istoty prawdy o Bogu. Być może dla kogoś przeczytane w moim świadectwie słowo "Bóg" przyniosło bezpośrednie skojarzenie z Jezusem Chrystusem, lecz dla mnie nigdy wcześniej w taki sposób nie było to oczywiste, nie było odczuwane sercem. Bóg, do którego się modliłam, dobrze o tym wiedział (...).

Na Tyski Wieczór Uwielbienia pojechałam bez intencji. Po prostu - by być. Nie rozbudzałam w sobie żaru modlitwy, poczucia wspólnotowej jedności w duchu modlitwy, lecz nie dążyłam za wszelką cenę do utrzymania w swej postawie tylko i wyłącznie roli obserwatora. Nie chciałam jednak, aby moja emocjonalność wzięła górę. Mogłoby to przyczynić się do stanu pełnego radości i zachwytu, niewynikającego w ogóle z doświadczenia w danym momencie Miłości Boga, a będącego jedynie takową, subiektywną interpretacją. Wiedziałam, że mogłabym ulec (tylko i wyłącznie) wpływowi niesamowitej atmosfery, a dla mnie istotna jest więź, jej autentyczność. Byłam tam duchem i ciałem, otwarta na Boga mojej relacji.

(...) W piątek zaczął mi doskwierać ból w klatce piersiowej. Tak, jakby ktoś uderzał we mnie drewnianą deską. Ból, momenty ucisku, czułam na swej klatce piersiowej fizyczny ciężar.

Nadszedł moment, w którym dostrzegałam wzrokiem Najświętszy Sakrament. Po tej chwili wszyscy usłyszeliśmy słowa wyrażające, iż jest wśród nas osoba, która odczuwa teraz przypływ ciepła i której doskwiera w tym momencie ból w klatce piersiowej. Rzekomo była ona (ta osoba) świadoma, że to o nią chodzi, że to o niej jest mowa. Chodziło o kogoś z zranionym sercem. Pamiętam zwłaszcza słowa mówiące o możliwości rozpoczęcia nowego życia.
Wiem, że nie jest to zbyt precyzyjny opis, wszystko bowiem działo się zbyt szybko, przyszło nagle i gwałtownie. Pokrótce, co czułam...

Nagły przypływ ciepła, ale bardzo wyrazisty, przedzierającą się siłę na wskroś mego ciała. Z oczu zaczęły płynąć mi łzy, których nie mogłam powstrzymać. Słowa o tym, że ta osoba zdaje sobie sprawę z tego, że to o nią chodzi, były niczym innym, jak tylko potwierdzeniem moich uczuć. Wspomniany ból w klatce piersiowej był o wiele silniejszy niż dzień przed. Zranione serce, to moje serce, to moja Dusza. Zranienia bywają różne, moje w istotny sposób wpływało na dotychczasowe życie. Byłam tego świadoma, Bóg też to wiedział, dlatego tak ważne było stwierdzenie o możliwości rozpoczęcia nowego życia.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt. W kościele doświadczyłam obecności Boga mojej relacji. Doświadczyłam Boga w Jezusie Chrystusie. To dla mnie nowa rzeczywistość, z którą, oczyma wiary, nie jestem do końca oswojona. Nowa rzeczywistość, która zbliżyła mnie do Boga jeszcze bardziej. Niezmienny jednak pozostaje fakt, iż Bóg dalej pozostaje dla mnie wielką tajemnicą i wszelkie poznawanie jest tylko częściowe, ale warto o nie zabiegać dla przeżycia swego życia w prawdziwym szczęściu.

 
Michalina


Na XVII Tyski Wieczór Uwielbienia pojechałam po dwuletniej przerwie. Cieszyłam się bardzo, że po raz kolejny mogę na niego pojechać. Jadąc miałam w sercu kilka intencji i spraw, które chciałam Bogu zawierzyć. Już podczas Eucharystii można było poczuć obecność Boga. Ta Eucharystia była dla mnie czymś niesamowitym. Po raz pierwszy przeżyłam ją bardzo głęboko. I już wtedy wiedziałam, że moje życie się zmieni.

Podczas modlitwy powierzałam Bogu te sprawy, z którymi przyjechałam, jednak Bóg postanowił dotknąć tej sprawy, która w moim sercu była dosyć głęboko i o której już zapomniałam, ale ona nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Było to nieprzebaczenie. Wtedy prowadzący powiedział, że są wśród nas osoby, które noszą w sobie nieprzebaczenie. Na początku pomyślałam, że mnie to nie dotyczy. Jednak chwilę później prowadzący wypowiedział moje imię i wtedy przypomniała mi się cała ta sprawa i osoba, której nie do końca przebaczyłam.

Popłynęły mi wtedy łzy z oczu, a serce zaczęło walić jak oszalałe, jednak po krótkiej chwili łzy zniknęły, serce się uspokoiło, a na mojej twarzy zagościł uśmiech. Wtedy poczułam, że Bóg zabrał to nieprzebaczenie z mojego serca, a w jego miejsce wlał miłość.
Za to, że Bóg jest, działa i uzdrawia, chwała Panu.

Justyna, 17 lat


O XVII Tyskim wieczorze uwielbienia dowiedziałam się od koleżanki i pomyślałam, że też mogłabym pojechać, chociaż nie do końca wiedziałam, na czym on polega. Niestety znajomi mieli komplet w samochodzie, więc próbowałam namówić kogoś z mojej rodziny - niestety bezskutecznie. W tym dniu przyjechałam z pracy późno i już w myślach zrezygnowałam z wyjazdu, a wtedy syn powiedział, że jak mi tak bardzo zależy, to pojedzie ze mną. Szybko zebraliśmy się i pojechaliśmy.

Atmosfera Mszy św. i całego wieczoru bardzo mi się podobała. Podczas modlitwy uwielbienia, kiedy Kapłan z Panem Jezusem był pośród tłumów i słychać było słowa, którymi się zwracał do poszczególnych osób, czułam się trochę jak podczas jakiegoś spektaklu. Wydawało mi się nierealne, że osoba, o której mowa, wie, że to do niej skierowane są słowa.

W pewnej chwili poczułam, że z oczu płyną mi ciurkiem łzy, a raczej dziwne łzy jakby woda, i słyszę głos, że Pan Jezus zwraca się do kobiety, która przyjechała ze swoim synem i teraz modli się za swoją rodzinę, i jeszcze parę słow, które odzwierciedlały moje myśli, rozterki - wtedy jeszcze szukając potwierdzenia, że te słowa to do mnie, zaczęłam rozglądać się gdzie jest Kapłan z Panem Jezusem (bo z mojej ławki nie był wcześniej widoczny).

Zobaczyłam, że przechodzi od tyłu właśnie koło mojej ławki. Wiedziałam wtedy, że spotkała mnie niezwykła łaska i że Pan jest ze mną, bo sam mi o tym powiedział. Chwała Panu!

Urszula


Szczęść Boże,
Podczas Tyskiego Wieczoru Uwielbienia, który odbył się 22 października 2011 r., przeniknęła całą mnie Boża Miłość. Bardzo mocno i zdecydowanie odczułam, że Kochający Bóg jest Panem Wszystkich i Wszystkiego!!! Chwała Panu!!!

Joanna, 40 lat


Przyjdź Duchu Święty, Amen!
Na Tyskie Wieczory Uwielbienia jeżdżę już od dłuższego czasu. Na pewno byłam na kilku takich modlitwach w Tychach. Nie liczę już tego. Pan Jezus zawsze porusza moje serce, jednak szczególnie mocno zrobił to na XVI Wieczorze Uwielbienia, kiedy zwrócił się do mnie po imieniu. Jestem osobą, która nie lubi płakać publicznie, jednak wówczas nie umiałam opanować łez. Nawet już mnie nie interesowało to, czy ktoś na mnie patrzy, czy nie. Czułam tylko, że w tej chwili jestem ja i Jezus. Pan przytulał mnie do serca, mówił słowa pełne miłości.

Poczułam, że wówczas już całkowicie uporządkował pewien etap mojego życia. Otarłam łzy i modliłam się dalej. Za jakiś czas znów usłyszałam słowa, tym razem w głębi mojego serca, że On chce mnie prowadzić najwłaściwszą drogą, skoro oddałam Mu swoje życie, aby nim kierował.

I dał obraz... Takie prorocze wizje dawał mi już wcześniej na wielu wspólnotowych modlitwach, na Mszach świętych... Tylko dla mnie na tamten czas wydawało się to niemożliwe do wykonania. Niemożliwe i trudne, bo Pan Jezus przekonywał, że musi zburzyć jedno całkowicie, by dać coś, co w Jego zamyśle jest lepsze, dla mojego i nie tylko mojego życia. Za każdym razem czułam jednak wtedy pokój, bo On zapewniał, że tak trzeba, ale nie muszę się tego bać.

Postanowiłam nie robić niczego z tą sprawą długi czas. Postanowiłam po prostu czekać na to, co Jezus zrobi dalej. Wręcz nawet momentami walczyłam z tym wszystkim, ale na szczęście Jezus wygrał. Zabrał to, co stare, by dać, to co nowe. Zabrał to, co nie było zgodne z Jego wolą, bym mogła odkryć Jego wolę. I na XVI Tyskim Wieczorze Uwielbienia ukazał mi, że On naprawdę powołuje mnie do konkretnego wymiaru miłości. Powiedziałam wówczas Panu Jezusowi: "Jeśli tak, to proszę Cię, Jezu, to Ty mi wskaż osobę, z którą mam iść przez życie. Bo mi jakoś do tej pory to nie wychodziło". Wtedy Jezus mi dał do zrozumienia, że On cały czas wskazywał i wskazuje, tylko ja wciąż szukam daleko tego, co jest tak blisko. To racja, bo wskazywał na niejednej modlitwie.

I na TWU w tym momencie kolejny raz dał mi ten sam obraz... Że poburzy wszystko to, co stare, by zbudować wszystko na Skale. Na Jego woli. Pamiętam, że patrząc wówczas na Najświętszy Sakrament, kolejny raz z całą świadomością powiedziałam Jezusowi: "Jeśli Ty tego chcesz, co mi tak długo pokazujesz, to kieruj tym. Proszę, pokieruj tak, by było to zgodne z Twoją wolą dla wszystkich osób, które mi ukazujesz w tej sprawie".

Jezus cieszy się z otwartości na Jego wolę... zwłaszcza wtedy, gdy tego początkowo nie rozumiemy... I dokonał rzeczy, które w maju 2011 roku dla mnie po ludzku były jeszcze niemożliwe, ale dla Niego nie ma nic niemożliwego. Poburzył wszystko, co nie było zgodne z Jego wolą w moim życiu i wszystko to, co nie było zgodne z Jego wolą w życiu mojego wieloletniego przyjaciela. Otworzył nas w pełni na Jego miłość i nam samym otworzył bardziej oczy na siebie nawzajem.

Na XVII Wieczór Uwielbienia przyjechaliśmy razem. Przyjechaliśmy dziękować, za to, że spełnia się Jego wola. Dziękować za prawdziwą miłość. Za szczęście w Bogu, dobro i pokój płynące z Jego planu na nasze życie. Za to, że to On sam wygrał w nas, a my poddaliśmy wszystko właśnie Jezusowi.

Idziemy za Jego głosem dalej. Bo teraz wiemy, że wola Boża jest najlepsza... Nie można się bać oddać Jezusowi wszystkiego, bo On daje znacznie więcej... Wystarczy odpowiedzieć swoją wolą na Jego wolę, aby być naprawdę szczęśliwym, wypełniając Jego zadanie i Jego pomysł na życie... Nawet gdy coś jest początkowo trudne i wydaje się nam nierealne, trzeba zaufać, bo dla Jezusa wszystko jest realne, jeśli jest zgodne z wolą Bożą. Dziś dziękuję Jezusowi za to, że wygrał. Że spełniły się jego wskazówki, które dawał mi tak długo na modlitwach. I za tę osobę, którą także otworzył na Jego wolę, byśmy mogli iść przez życie razem... Razem nieść krzyże, ale i razem mieć udział w radościach codzienności. Chwała Panu!

Aga


Na XVII Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłam po raz pierwszy. Wszystko, co tam się działo, było dla mnie czymś niezwykłym. Najpierw Msza święta, która po raz pierwszy nie była wymuszona, nudna, tylko uczestniczyłam w niej całym sercem. Później Modlitwa Uwielbienia... po prostu brak mi słów. Każde pieśni wyśpiewane przyprawiały mnie o dreszcze, przede wszystkim ujęła mnie jedna... "Dokąd idziesz Panie, usłysz me wołanie. Ja czekam." przy której zaczęłam myśleć o moich zmarłych rodzicach, martwić się o nich. Co się z nimi dzieje? Gdzie są? Może w czyśćcu?

Wtedy usłyszałam, że Pan przemawia do tych wszystkich, którzy niepokoją się o swoich bliskich zmarłych. W tym momencie łzy napłynęły mi do oczu, a dłonie zaczęły lekko drżeć.

Na początku nie wiedziałam, co się dzieje, dopiero potem wszystko zrozumiałam.
Chwała Panu za to, że po 8 latach od tragicznego wypadku samochodowego, w którym straciłam rodziców, mogę być wreszcie o nich spokojna.

   
Ola, 13 lat


Nie łatwo jest dać świadectwo w dzisiejszych trudnych, zagmatwanych czasach.Przekazać je tak dogłębnie, aby inni w nie uwierzyli.W moim dotychczasowym życiu bardzo wiele się działo. Pana Jezusa spotkałam na swojej drodze mając 17 lat na spotkaniach Oazowych.Tam też poznałam mojego przyszłego małżonka. Obecnie mam 42 lata, jestem rozwiedziona i ogromnie doświadczona przez życie. Bez domu, rodziny, pieniędzy, pogubiona, samotna, poraniona...

Postanowiłam się podzielić swoimi doświadczeniami związanymi z moim życiem, ale głównie po to, aby przestrzec innych przed tym, jak bardzo można się w życiu pogubić przez grzech. Oby te moje słowa były przestrogą dla innych...

Jadąc na Tyski Wieczór Uwielbienia, miałam świadomość tego, co się tam dokonuje. Byłam przygotowana na różne dziwne reakcje ludzi podczas modlitwy, jednak cały czas towarzyszyło mi poczucie lęku i niepewności. Zadawałam sobie wciąż pytanie: "po co tak właściwie tu jestem, skoro i tak nic z tego nie 'wyniosę'?" Od kilku lat szukałam sposobu na spotkanie z Jezusem... U spowiedzi nie byłam aż 7 lat. Wiedziałam, że On jest stale przy mnie, lecz ja byłam wciąż obojętna, choć czasami odzywały się wewnętrzne wyrzuty sumienia...

Nie potrafiłam przebić tej ogromnie grubej skorupy okalającej moje serce. Blokadę we mnie stanowił brak przebaczenia komuś bliskiemu, kogo kochałam do szaleństwa, a kto bardzo mocno mnie w życiu zranił i skrzywdził. Od tamtego czasu wszystko legło w gruzach, całe moje życie. Przez brak przebaczenia nie mogłam otworzyć się na przyjęcie Pana Jezusa. Początkowo wydawało mi się, że dam radę tak żyć. Przecież jestem osobą szanującą siebie i innych, pomagam innym na tyle, ile umiem i mogę. Sakrament pokuty i pojednania tak naprawdę to do niczego nie jest mi potrzebny. Tak mi się na tamten czas wydawało.

Mijał miesiac za miesiacem, rok za rokiem. Życie każdego dnia przynosiło nową rzeczywistość oraz niezwykle ważne wydarzenia jakie towarzyszą każdemu człowiekowi: ślub siostry, śmierć mamy, pierwsza Komunia święta mojej córki, a nastepnie chrzest siostrzeńca, pełnoletniość mojego syna. Za każdym razem czułam w sercu smutek i żal, sumienie dręczyło, a ja nadal trwałam w grzechu. Miałam poranione serce tak bardzo, że było mi już wszystko jedno. Zastanawiałam się nawet nad tym, że chyba Bóg mnie opuścił, skoro znalazłam się na etapie całkowitej obojętności.

Kolejne dni przynosiły nowe wyzwania, trudności, problemy, załamania, zranienia... aż nadszedł moment, kiedy to wszystko przerosło mnie całkowicie. Byłam u kresu sił zarówno psychicznych jak i fizycznych. Zadając pytania sobie, kierowałam je również do Boga... Dlaczego? Do czego zmierza? Czułam się upokorzona, niekochana, odrzucona, a moje życie przestało mnie zupełnie cieszyć. Znalazłam się w pułapce własnych emocji i myśli. Nie miałam nawet z kim porozmawiać. Zaczęłam się modlić do św. Rity od spraw beznadziejnych i trudnych.

Trwało to dłuższy czas. Nadszedł jednak upragniony moment, kiedy zaczęłam dostrzegać znaki i odpowiednio je rozeznawać. Pan Bóg zaczął ukazywać mi poprzez innych ludzi światło, dawał wskazówki, za którymi szłam z nadzieją na zmiany. Wiedziałam, że muszę zacząć od sakramentu pojednania... Moje dni to była jedna wielka walka wewnętrzna... Wzięłam udział w rekolekcjach w Katowicach, a następnie w Tyskim Wieczczorze Uwielbienia.

Postanowiłam otworzyć swoje serce, uwierzyć w to, że i ja mogę zostać uzdrowiona. Było to bardzo trudne, niepojęte, jednak dzięki tej wierze doznałam i doswiadczyłam "dotknięcia" konkretnie mnie. Czułam przez moment, jakbym znalazła się w innym wymiarze, moje serce przestało się bać, popłynęły łzy oczyszczenia. Zaczęłam szlochać tak głośno, że nie mogłam się opanować. Wówczas usłyszałam słowa: "Córko moja, wiem, ile wycierpiałaś, ale proszę cię, przebacz, bo ja chcę, żebyś była szczęśliwa...".

Nie mogłam się wyciszyć. Po chwili ktoś mnie przytulił i pogłaskał :)
To było przeżycie nie do opisania. Poczułam, jakby przez moje ciało przeszedł dreszcz. Usłyszałam nareszcie to, co chciałam usłyszeć... wiedziałam, że to dar niezwykły, że jak najszybciej muszę przystąpić do sakramentu pojednania, a Pan pozwoli mi zacząć ponownie wszystko od nowa, lecz z nadzieją i lepszymi perspektywami na przyszłość.

Zrozumiałam, że te wszystkie trudne sprawy, problemy, krzywdy działy się po coś, po to aby ogołocić całego siebie, aby zniżyć się do najniższego poziomu, by móc otworzyć serce na nową rzeczywistość, zrobić w sercu miejsce dla Pana i przyjąć Go bez reszty. Jeśli to uczynię, On będzie działał i dokonywał niezwykłych rzeczy.

I nadszedł dzień, w którym dokonała się przemiana mojego serca, mojego myślenia i postrzegania życia... Przystąpiłam do sakramentu pokuty i przyjęłam Pana Jezusa do swojego serca. Co ciekawe, zbiegło się to z datą 22 października, kiedy w Krakowie obchodzone są uroczystości ku czci św. Rity! Jestem teraz przepełniona wdzięcznością i pokojem.

Wiem, że przede mną bardzo trudny czas i że moje życie nie zmieni się nagle na lepsze w momencie, ale mam w sobie spokój, wdzięczność i czuję Boże prowadzenie. Już tego samego dnia, kiedy wróciłam do domu, zaczęły dziać się maleńkie "cuda" łaski... Wiem, że będą owocowały i towarzyszyły mi, ponieważ zawierzyłam. Nie umiem wyrazić tego, co czuję. Brak mi słów. To naprawdę trzeba przeżyć samemu i doświadczyć, by móc poczuć dotknięcie łaski Pana... Mogę próbować dzielić się tym, czego doświadczyłam i postaram się tak robić.

Uświadomiłam sobie, że moje życie jest jak układanka kolorowych puzzli. Jeśli ja układam je sama, nigdy żaden kawałek do całości nie pasuje. Jeśli pozwolę na układanie tych puzzli Panu - układają się doskonale, tworzac jednolitą całość. Ta droga, którą mi Pan wskazał, to droga Miłości przez duże M. Ci, którzy na nią wkroczyli, powinni jasno i pewnie wskazywać ją innym...
PAN JEST MOIM PASTERZEM... NICZEGO MI NIE BRAKNIE... CHWAŁA PANU!!!!

Elżbieta z Krakowa


To był mój pierwszy Tyski Wieczór Uwielbienia. Już dużo wcześniej planowałam się tam wybrać, lecz zawsze coś w ostatniej chwili mi wypadało. Jestem mocno wierzącą osobą, lecz nie spodziewałam się, że to właśnie do mnie Pan Jezus zagości tego dnia.

Już na samym początku podczas modlitwy uwielbienia poczułam coś niesamowitego w moim sercu. To było ogromne ciepło i serce zaczęło ogromnie szybko bić. Moje ciało nie było w stanie zrobić żadnego ruchu. Nie byłam w stanie dosłyszeć słów kapłana, ale wiem, że to właśnie Jezus dał świadectwo swojej obecności. Dziękuję.

Monika


Na XVII Wieczór Uwielbienia przyszedłem zmęczony i nie nastawiałem się na jakieś specjalne przeżycia. Podczas Mszy świętej ciężko było mi się skupić, początek modlitwy był koszmarem, totalnie nie umiałem się przystosować do modlitwy. Gdy tak uporczywie próbowałem się "wbić" w tę modlitwę i nie dawało to żadnych skutków, pomyślałem, że Jezus ma ważniejsze rzeczy do zrobienia w tej świątyni i inni potrzebują pomocy, bardziej niż ja, więc postanowiłem pomodlić się o skupienie dla innych.

Podczas gdy zapomniałem o sobie, Chrystus pokierował do mnie słowa, które przypomniały mi coś, czego nie chciałem pamiętać, a na pewno nie chciałem się tym z nikim dzielić. Gdy kapłan zaczął mówić, że Jezus kieruje teraz swoje słowa do młodego mężczyzny, który w młodości był molestowany, zamurowało mnie i momentalnie poczułem dziwne uczucie wewnątrz siebie, łzy zaczęły mi napływać do oczu i doświadczyłem Ducha Świętego w charyzmacie łez.

Gdy kapłan wypowiedział słowa: "Jezus zabiera od ciebie teraz te zranienia", w moim sercu nastał pokój, długo nie umiałem dojść do siebie po tym przeżyciu. Ale teraz wiem, że Jezus jest moim Panem, który o mnie zawsze pamięta i chce zabierać moje cierpienia. Chwała Panu.

Michał
 

XVII TWU nie był moim pierwszym. Tego dnia wychodziłam z założenia, że Pan Jezus nie może mnie już niczym zaskoczyć. Moje dzieciństwo nie było łatwe. Tata często bił mnie i poniżał. Do dziś pałam do niego, może nie tyle nienawiścią, co ogromnym żalem. Ale to była moja codzienność. Na modlitwie, gdy prowadzący modlili się za osoby, które nie potrafią komuś wybaczyć, pomyślałam: "Panie Jezu, to niemożliwe. Ale Ty możesz wszystko." I w tym momencie padły słowa, że Jezus mówi do 16-letniej dziewczyny, która bardzo cierpi przez charakter swojego ojca, że w dzieciństwie była przez niego źle traktowana. Od razu wiedziałam, że to było do mnie.

Następnie Jezus przez osobę prowadzącą powiedział, że bardzo mnie kocha i widzi mój żal. Że mam się teraz przytulić do Niego tak, jak nigdy nie mogłam przytulić się do taty. W tym momencie poczułam wewnętrze ciepło, a łzy zaczęły mimowolnie płynąć mi po policzkach. To było wspaniałe. Gdy wróciłam do autobusu, ksiądz podszedł i powiedział: Angelika, czułem, że Jezus mówił do ciebie. Bardzo się cieszę. Do teraz czuję ogromny pokój i mam nadzieję, że moje relacje z tatą ulegną zmianie. Ale na wszystko potrzeba czasu. Jezus przecież powiedział, że wystarczy mi Jego łaski, a moc w słabości się doskonali. I za to wszystko CHWAŁA PANU! :) 

Angelika, 16 lat


22 października byłam na XVII Tyskim Wieczorze Uwielbienia. Nigdy wcześniej nie byłam na takim wieczorze, nie wiedziałam nawet, że takie się odbywają, nie wiedziałam może dlatego, że nie należę do tej parafi i nigdy nie należałam do żadnej organizacji kościelnej. To dzięki KSM (Katolickiemu Stowarzyszeniu Młodzieży), do którego należę od dwóch miesięcy, dowiedziałam się o takim wieczorze. Tego dnia nie miałam żadnych planów, nie chciałam siedzieć w domu, wiec pomyślałam, że pójdę, zobaczę, jak to wygląda...

Jadąc autem zobaczyłam mnóstwo aut, ludzi i autokary. Nie spodziewałam się, że ci wszyscy ludzie przyjechali z różnych zakątków Polski własnie do Tychów na wieczór uwielbienia. Było to dla mnie duże zaskoczenie, a zarazem wielka radość, że też mogę tu być z tymi wszystkimi ludzmi i doświadczyć czegoś niesamowitego. W prawdzie nie poczułam takiego ciepła, które opisują niektórzy. Bałam się trochę i czułam dużo lęku, ponieważ zdawałam sobie sprawę, jaki straszny jest grzech, do czego może doprowadzić...

Prowadzący w pewnym momencie wypowiedział słowa, których nie przyjmowałam całkiem do siebie, ponieważ pomyślałam, że jest tu tylu ludzi a Jezus mówiłby właśnie do mnie...? To było dla mnie trochę niemożliwe i niesamowite. Prowadzący powiedział, że jest wśród nas młoda dziewczyna, której dusza jest zbolała. Jezus w tej chwili trzyma dłoń na jej głowie i mówi, że jej wybacza, że chce, żeby sobie też wybaczyła i w tej chwili wlewa w jej serce mnóstwo łask... Te słowa pasowały do mnie, ponieważ nie potrafię sobie wybaczyć grzesznej przeszłości.

Jakiś czas temu na forum katolickim przeczytałam odpowiedź, że Jezus na pewno mi wybaczył, czytałam to wiele razy pocieszając się tym, ale i tak nie potrafiłam wybaczyć samej sobie. Gdy prowadzący wypowiadał te słowa, nic nie czułam, ale teraz dopiero czuję, że jest mi łatwiej, chociaż czuję jeszcze troche lęku przez to, że zdałam sobie sprawę, jak starszny jest grzech i do czego może doprowadzić. Wiem, że nie jestem sama, czuję bardziej Bożą obecność i wiem, że razem z Jezusem pokonam wszystkie lęki. Na wieczorze uwielbienia byłam pewna jednego, że już nie wrócę taka sama do domu, bo chcę być coraz lepsza. Wiem też, że muszę wybrać się na kolejne takie wieczory. Chwała Panu!



Na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłam pierwszy raz.
Doświadczyłam tam w pewnym stopniu uzdrowienia.
Miałam kiedyś operowaną rzepkę w kolanie, ale że mam słabe mięśnie, jeszcze trochę przeskakiwała przy zginaniu nogi. Dodatkowo od kilku tygodni cierpiałam na ból kolana. Objawiał się on przy klękaniu na tyle silnie, że ledwo wytrzymywałam, a jeszcze trudniej było potem wstać.

W trakcie Wieczoru, przed przeistoczeniem na Mszy św. postanowiłam, że uklęknę ostatni raz, potem będę stać.

Bolało, czułam się kompletnie bezsilna i taka stanęłam przed Panem. Patrzyłam na Krzyż i uświadomiłam sobie, że Jezus też upadał na drodze krzyżowej na kolana i na pewno znał taki ból. Może nawet bolało Go bardziej niż mnie.

Kilka minut potem zauważyłam ze zdziwieniem, że kolano zgina mi się bez problemu, rzepka chodzi prawidłowo.

To mnie jednocześnie zaskoczyło i ucieszyło. Było wyraźnym znakiem dotknięcia Pana Jezusa. Przez resztę wieczoru nie miałam najmniejszego problemu z klęczeniem, nic mnie nie bolało. To doświadczenie przede wszystkim umocniło we mnie wiarę w rzeczywistą obecność i działanie Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Niech będzie uwielbiony!

Agnieszka


XVII Tyski wieczór uwielbienia był moim pierwszym wieczorem, na który zabrała mnie koleżanka. Nie spodziewałam się, że może to być coś tak niesamowitego. Cała atmosfera była tak przepełniona miłością do Jezusa i Jego miłością do nas.

Kiedy padły słowa, że należy wybaczać ojcom, którzy nie kochają swoich dzieci, poczułam dreszcz. Taty nie ma przy mnie, kiedy Go potrzebuję, a wszystko to stara się uzupełnić prezentami, jednak wolałabym, żeby był. W pewnym momencie poczułam pewnego rodzaju ulgę i spokój. Wiem, że muszę mu wybaczyć i porozmawiać, wiem, że mogę się postarać mu to uświadomić. Jestem bardzo wdzięczna Milenie za to, że zaproponowała mi wyjazd na Tyski wieczór. 

Angelina, 15 lat


Pojechałam na TWU po raz drugi. Bez konkretnej intencji. Chciałam po prostu uczestniczyć w tej modlitwie, być blisko Jezusa – uwielbiać Go w sposób, na jaki zasługuje.

Intencja zrodziła się w moim sercu sama, na Mszy świętej. Zapragnęłam poznać płeć mojego nienarodzonego Dziecka.
Trzynaście miesięcy temu poroniłam - dzieciątko nieprawidłowo się rozwijało, jego serduszko nie zaczęło bić. Płeć dziecka określana jest w momencie samego zapłodnienia, ale nigdy nie czułam potrzeby, by wiedzieć, czy mam córkę, czy syna. Wraz z mężem nadaliśmy dziecku piękne japońskie imię, które nie określa płci. Na TWU Jezus powiedział mi, że mam Syna. Nie uczynił tego wprost, tak jak tego pragnęłam, ale po poskładaniu pewnych faktów, nie mam już wątpliwości.

Najpierw poczułam obecność i potęgę Ducha Świętego, kiedy cały Kościół ogłaszał: "Jezus Chrystus jest Panem!". Sama wypowiadałam te słowa głośno i z przekonaniem. Był to dla mnie szczególny znak, że jestem otwarta na Boga, że On może we mnie i przeze mnie działać. Moja historia życiowa jest pokręcona i niosę na sercu blizny grzechów, ale to Bogu nie przeszkadza - Duch pozwala mi wierzyć i głosić, że Jezus jest Panem!

Tej modlitwie towarzyszyła już moja własna intencja: "Panie Jezu, powiedz mi, czy mam córkę, czy syna." Przechodzący pośród tłumów Chrystus powiedział przez usta prowadzącego, że zwraca się do kobiety, która przyszła tutaj z synkiem. Wsłuchiwałam się jeszcze intensywniej czy może teraz Bóg mówi właśnie do mnie? Jezus powiedział wtedy, że wszystko wybacza tej kobiecie i pragnie, by zawsze była tak blisko Niego jak jest teraz. Te słowa mogły być do każdej kobiety, która przyszła z synkiem. Kapłan z monstrancją był około 3 metry ode mnie, zwrócony do mnie bokiem, tak, że widziałam tylko Ramię Chrystusa i uznałam, że to nie o mnie mowa i że nadinterpretuję. Prosiłam usilnie o potwierdzenie lub zaprzeczenie - czy to ja tu przyszłam z Synkiem?

Następnie Jezus zwracał się do kobiet, które popełniły aborcję, mówił o tych nienarodzonych dzieciach, że one są obecne z nami w świątyni, że wybaczyły swoim rodzicom, modlą się za nich i że są szczęśliwe. Moja ciekawość nie była zaspokojona - słyszałam słowa, ale nie wiedziałam czy one są do mnie, czy Jezus wysłuchał mej prośby.

Wyczekiwałam nadal. Temat modlitw się zmienił, więc już nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Wtedy przypomniałam sobie moją modlitwę sprzed lat. Zafascynowana tradycją powierzania na służbę Bogu pierworodnego syna, zapragnęłam, aby mój pierworodny syn również w sposób szczególny służył Bogu. Bóg wybrał właśnie taki sposób. Gdy sobie to uświadomiłam - odetchnęłam. Skupiłam się na uwielbianiu Boga Króla.

Doświadczyłam wtedy atmosfery nieba. Każdy ma jakieś wyobrażenie nieba w sercu. Ja zastanawiałam się czasem, jak to jest, że wiecznie będziemy wielbić Boga, nie będziemy mieć innych pragnień, jak właśnie uwielbiać i służyć Jemu... Na XVII TWU niebo przyszło do nas. Tam chciałam, aby ta modlitwa się nie kończyła, aby czas się zatrzymał. Rozbudził we mnie Jezus pragnienie nieba, aby być tak blisko Niego i mojego Synka. I, jak wspominałam na początku - potwierdził, że Duch działa we mnie jak chce. (Jako młoda katechetka potrzebuję takich znaków.) Chwała PANU!

Agata, 25 lat


Na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłam po raz pierwszy, był to pomysł księdza. Pojechaliśmy. Miałam problem z kolanem, wiedziałam, że nie dam rady stać jakieś 4h, bo przyjechaliśmy prędzej. Na początku mszy było mi ciężko, a nigdzie nie było miejsca. Staliśmy ściśnięci, obok mnie stał mój chłopak i trzymał mnie za rękę. Jadąc tam nie sądziłam, że też będę płakać, podczas Komunii usłyszałam krzyki, byłam przerażona, później było spokojnie.

Rozpoczęła się modlitwa, pierwsze słowa skierowane były do osób, które czegoś nie przebaczyły, miały problemy rodzinne, wtedy zaczęłam płakać, po chwili słowa zostały skierowane do młodej płaczącej kobiety, nie wiedziałam czy to o mnie chodzi, ale Pan powiedział, że jej serce jest poranione ze strony bliskich. Płakałam jak dziecko, później się uspokoiłam, płakałam jeszcze kilka razy podczas tego wieczoru, gdy Pan przychodził do osób z chorymi stawami, poczułam ból w kolanie, które już prawie nie bolało, myślałam, że upadnę, ale stałam, a w oczach znowu miałam łzy. To było piękne przeżycie, mam nadzieję, że przyjadę następnym razem.

Ania, lat 15


Szczęść Boże!
Pragnę dać świadectwo o cudownym uzdrowieniu mnie przez Pana Jezusa z choroby nerek. Stało się to podczas majowego Wieczoru Uwielbienia. Ból przeszedł mi niespodziewanie i całkowicie. Jezu, dziękuję Ci! Bądź uwielbiony!

Maria Kinga


To był mój drugi wieczór uwielbienia. Postanowiłem sobie, że chcę przed tym wieczorem wybaczyć wszystkim ludziom, którzy zrobili mi krzywdę oraz upokorzyli mnie w dzieciństwie.

Czułem się niechciany i nieakceptowany przez ojca oraz rówieśników, a w wieku 6 lat zostałem wykorzystany sesksualnie. Ta przeszłość ciągnęła się za mną nie pozwalając mi na normalne życie.

Podczas modlitwy na wieczorze uwielbienia ktoś od ołtarza powiedział, że Bóg w tym momencie chce uzdrawiać z gniewu. Nagle w sercu poczułem wielki pokój, ogromne bezpieczeństwo i niesamowitą łaskę, nie mogłem przestać płakać. Wiem, że Bóg spojrzał wtedy na mnie. Od tego czasu minęło kilka miesięcy, nie odczuwam już nienawiści i nie pragnę zemsty. Pierwszy raz od 17 lat mogę spojrzeć w przeszłość ze spokojem serca, wiem, że ten rozdział został już zamknięty.
Chwała Panu

Jacek


Ostatni (XVII) Tyski Wieczór Uwielbienia był moim pierwszym spotkaniem. Chciałam się pomodlić o zdrowie dla całej rodziny, o pomoc w naszych kłopotach. W czasie Eucharystii czułam silny ból w kolanach i plecach (bardzo często boli mnie kręgosłup). Pomyślałam, że to od stania. Gdy po Mszy św. zaczęła się modlitwa uwielbienia, poczułam bardzo silny ból głowy (miewam dość częste bóle, bez tabletki się nie obędzie).

Gdy byłam bardzo blisko księdza, zaczełam płakać, łzy same się cisnęły do oczu. W sercu i gardle czułam dziwny ucisk. Moje ciało zrobiło się gorące. Gdy wyszłam z kościoła, czułam się radosna, wyciszona, pomimo że bolała mnie głowa, czułam się dobrze. Rankiem bóle przeszły. Moje życie zaczeło się zmieniać. Stałam się osobą spokojniejszą, wiecej czasu poświecam Panu. Bardzo się cieszę, że tutaj w Tychach są takie wieczory uwielbienia. Na następny przyjdę z paroma osobami. Dziękuję Ci, Panie, że mi otworzyłeś oczy. Chwała Panu.

Anna, 33 lata


XVI Tyski Wieczór Uwielbienia był pierwszym, w którym uczestniczyłam. Dwa tygodnie przed TWU byłam u lekarza, który wykonał bardzo specjalistyczne badanie, podczas którego stwierdził początek poważnej choroby – dokładnie "stan przedrakowy". Powiedział, że trzeba wykonać badanie, które to potwierdzi, a wynik będzie za 2 tygodnie. Na TWU poszłam z nadzieją uzdrowienia.

Podczas Mszy świętej otworzyłam swoje serce mocno się modląc. Wtedy powiedziano, że Pan Jezus uzdrawia wszystkie osoby chore na raka oraz te, które są na początku tej choroby (dokładnie nie pamiętam słów, ale wiedziałam, że chodzi o mnie). Długo nie mogłam w to uwierzyć, wynik miałam otrzymać po 2 tygodniach, otrzymałam go po 4 tygodniach: że jestem zdrowa:)

Ale Jezus uzdrowił mnie kolejny raz podczas TWU. Parę lat temu byłam związana z mężczyzną który bardzo mnie zranił. Podczas TWU wypowiedziano słowa: "Jest wśród nas młoda kobieta ze złamanym sercem". Od razu wiedziałam, że to ja, wtedy poczułam takie gorąco i ciepło w sercu, łzy mi napłynęły do oczu i zaczęłam płakać. Pan Jezus powiedział do mnie: "Ja byłem wtedy z Tobą, jestem przy Tobie, wzywaj mnie." Chwała Panu!!!

Agnieszka


Chciałam podziękować za XVI Tyski Wieczór Uwielbienia. Wciąż przypominają mi się słowa ze Mszy - świat spragniony jest tego świadectwa - był to mój drugi raz na Tyskim Wieczorze Uwielbienia. Od początku modlitwy o uzdrowienie doświadczyłam obecności Boga. To taki dziwny stan, być tam, w miejscu, gdzie siedział Pan Jezus, gdzie czułam się bardzo szczęśliwa, a jednocześnie słyszałam wszystko, co działo się w kościele.

To wszystko wydawało mi się jakby trwało krótką chwilę, ale słyszałam, jak kobieta z tyłu mówiła, że leżałam na posadzce kilkadziesiąt minut, praktycznie od początku do końca, do momentu, gdy przyszedł młody ksiądz, który zrobił mi znak krzyża na dłoni i niestety "kazał wrócić". Przez ten czas siedziałam na kolanach Jezusa - jak małe dziecko:) i zadawałam Mu pytania, które od dłuższego czasu mnie nurtowały.

Za każdym razem Jezus odpowiedział "Tak", ale wiedział, że boję się słysząc Jego "Tak", więc dodawał: "Nie bój się, Ja jestem z tobą". Za każdym razem mówił to takim głosem, że od razu czułam spokój i nadzieję, a przede wszystkim Jego ogromną miłość. Szczególnego szczęścia doświadczyłam, gdy ksiądz na chwilę zatrzymał się z monstrancją z tyłu mojej głowy, wtedy zobaczyłam światło i wiedziałam, że jest w nim Bóg, więc jak najmocniej wyciągałam do Niego ręce.

Gdy byłam tak wtulona w tę Miłość, zaczęłam płakać, bo nagle uświadomiłam sobie, że na to wszystko nie zasługuję, bo jestem strasznym grzesznikiem, co ja tu robię? Przecież Ty jesteś taką Miłością, taki dobry, a ja? Więc jak możesz mnie kochać, taką? Chciałam odejść, ale On powiedział, że to "jest nieważne, nie przejmuj się tym". To było takie pewne i prawdziwe w Jego głosie, że znowu wpadłam w ten stan miłości i zaczęłam się uśmiechać. Dzięki Ci Panie Boże za to doświadczenie, powinnam bardziej Ci ufać. Chwała Panu!

Grażyna, lat 23


Szczęść Boże,
Chciałabym podzielić się swoimi doświadczeniami z ostatniego Tyskiego Wieczoru Uwielbienia. XVI Tyski Wieczór Uwielbienia był drugim, w jakim miałam szczęście uczestniczyć. Każdy z nich wywołuje u mnie ogromne wzruszenie, łzy spływają po policzkach od początku do samego końca. Czuję niezwykle blisko obecność Jezusa.

Wiązałam z tymi spotkaniami z Bogiem ogromną nadzieję wyzwolenia z fizycznego cierpienia. Tymczasem na XVI Wieczorze Bóg wyzwolił mnie z moich trudności duchowych nękających mnie od kilku lat, a coraz bardziej nasilających się i utrudniających mi funkcjonowanie.

Modliłam się, by Bóg mnie z nich wyzwolił. Kiedy na XVI Tyskim Wieczorze Uwielbienia modliłam się z zamkniętymi oczami, poczułam nagle falę gorąca, które oblało mnie stopniowo od czubka głowy po palce u nóg. Nigdy jeszcze nie czułam takiego gorąca, myślę, że gdyby pochodziło ono z tego świata, człowiek nie byłby go w stanie wytrzymać.

Otwarłam na chwilę oczy i zobaczyłam, że przede mną stoi kapłan z Eucharystią. Zamknęłam oczy i modliłam się ze wszystkich sił o wyzwolenie duchowe, które było dla mnie dużo ważniejsze niż cierpienie fizyczne. Czułam, że ta fala gorąca to przytulenie Pana Jezusa. Pamiętam, że uśmiechałam się przez łzy. Ten stan trwał, dopóki kapłan nie odszedł.

Nie wiedziałam, czy coś się we mnie zmieniło, ale byłam tak szczęśliwa, jak nigdy wcześniej. Dopiero na drugi dzień zdałam sobie sprawę z tego, że niepokoje mnie już nie dręczą. Zawsze w trudnej chwili przypominam sobie o tym wydarzeniu i czuję się szczęśliwa, bo wiem, że Bóg jest zawsze blisko. Za to chwała Panu!

Szczęść Boże,
Ewa


Na ostatnim Tyskim Wieczorze Uwielbienia spotkałam moją siostrę.
To było jedno z najpiękniejszych i najboleśniejszych doświadczeń w moim życiu. Spotkałam siostrę w trakcie modlitwy za matki i ich odrzucone dzieci. Moja siostra miałaby w tym roku 26 lat, gdyby moi rodzice pozwolili jej żyć... Jednak nie przyjęli tego trzeciego dziecka.
Wiedziałam od babci, że moja mama dokonała aborcji, nie zastanawiałam się jednak nad konsekwencjami tego czynu dla naszej rodziny.

W trakcie modlitwy "wiedziałam", że to odrzucone dziecko jest dziewczyną i że ma 26 lat. Nie umiem tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć, po prostu wiem, że mam siostrę, a nie drugiego brata.

Uświadomiłam sobie również, że nasze trudne relacje rodzinne po części są konsekwencją tamtej aborcji. Struktura naszej rodziny została nieodwracalnie naruszona i tak już będzie tu na ziemi zawsze. Zrozumiałam również, że moje pretensje do mamy o to, że mnie niesprawiedliwie traktuje, są śmieszne – ja przecież żyję.

Bardzo dziękuję Bogu za to doświadczenie spotkania, już tu na ziemi, z moją nieżyjącą siostrą. Dziękuję za doświadczenie tego tajemniczego kanału komunikacji z nią, za poznanie, że ona nie ma żalu ani do mamy za ten straszny czyn, ani do nas - jej starszego rodzeństwa, że nie udało nam się jej maleńkiej uratować.
Mam również nadzieję, że spotkamy się wkrótce w niebie i będziemy mogły się poznać.
Chwała Panu!

Agnieszka, 35 lat


Na XVII Tyski Wieczór Uwielbienia pojechałam zachęcona przez córkę. Byłam tam po raz pierwszy. Kapłan wprowadzając, zaprosił do otwarcia się na działanie Ducha Świętego, między innymi poprzez Sakrament Pokuty. Postanowiłam skorzystać, przeczuwając, że jest coś, co może mnie blokować. Nie przywiozłam zapisanych intencji, ponieważ nie wiedziałam, jak to wszystko wygląda. Nie miałam też ich w sercu. Zwyczajnie, po ludzku zagapiłam się...

Moje życie nie było łatwe. Pierwsze dziecko, które straciliśmy, było maleńką kruszyną z trzymiesięcznej ciąży. Kolejną, piętnastomiesięczną córeczkę zabiła sepsa. Czwarta z kolei urodziła się martwa w ósmym miesiącu ciąży. Z sześciorga naszych dzieci Pan troje zabrał już do Siebie... Moja krucha, kobieca psychika nie wytrzymała ciągu bólu, który towarzyszy matce przy stracie dziecka. Dopadła mnie nerwica serca, a tuż za nią nerwica lękowa.

O ile ta pierwsza przyprawiała o bóle i kołatania serca, ta druga wyłapywała każdą nieprawidłowość i osaczała klatką paraliżującego lęku. Lęk ten rodził objawy, które kojarzyły mi się z umieraniem. Zaczęłam ratować się psychotropem. Przez kilkanaście lat był on w kryzysowych momentach deską ratunku. Lęk rozrastał się coraz bardziej. Od dłuższego czasu każdy dzień rozpoczynałam zażywając tabletkę...

Już na początku Modlitewnego Czuwania poczułam, jakby miliony igieł przeszyły moje ciało. Jednak nie spodziewałam się tego, co miało nastąpić. W trakcie modlitwy za osoby cierpiące na depresję, choroby psychiczne i lękowe Jezus, przez usta Pani prowadzącej, skierował Słowa do kobiety, która każdego dnia, zanim rozpocznie swoje działania, powinności, obowiązki musi zażyć lekarstwo.

Przemknęła sucha, cicha myśl: ,"Jak ja...". Wybuchłam płaczem. Niezrozumiałym. Niepojętym. Nie było we mnie rozżalenia ani litości nad sobą. Nie było pretensji o los... Te lata przyzwyczaiły mnie do psychicznej klatki. Był tylko płacz, jakby włożony przez Kogoś w głębię mojego serca. Były łzy, jakby nie moje... Potem błogi pokój mojej duszy przerywała myśl - "Panie, to niemożliwe... Nie może być prawdą..."

Niedzielę po Wieczorze Uwielbienia rozpoczęłam bez psychotropu. Jednak ogromne niedowierzanie nadal targało moją duszą. Myślałam: "Ja, tak mała. Tak słaba. Byłoby pychą nawet myśleć. Nie zasługuję..."

W poniedziałek serce oszalało. Kołatało, jakby Pan zatrudnił dzwonnika i zawiesił na moich tętnicach. Czekałam na lęk. Czekałam. Czekam... Nie przyszedł. Ani na sekundę. Ani na jej ćwierć. Każdego ranka, zamiast psychotropu, wypowiadam słowa z sobotniego Wieczoru: JEZUS JEST PANEM... JEZUS JEST moim PANEM. Na zawsze. Dziękuję, Panie, za Twoją przeogromną Miłość. Już teraz mam najpewniejszą pewność, że mnie kochasz. Że zatopiłeś mnie w Swoim Miłosierdziu. Obmyłeś w źródle Twojej Miłości. Kocham Cię, Panie. Oddaję Ci moje życie. Oddaję całą siebie. CHWAŁA PANU...

Jadwiga


Już od wczesnego dzieciństwa byłem molestowany przez trzy różne osoby, w różnym wieku i w pewnych odstępach czasowych. Pozostawiło to we mnie niezatarty ślad: silne zranienie, z którym musiałem się pogodzić, a które nieustannie wpływało na moją samoocenę i zdolność relacji z innymi ludźmi.

Podczas minionego XVII Tyskiego Wieczoru Uwielbienia padły słowa poznania, że Pan przychodzi do młodego mężczyzny, który był w dzieciństwie molestowany i że Jezus pragnie zabrać to doświadczenie z jego serca. Poczułem wówczas ogarniający mnie pokój. Kilka dni wcześniej spróbowałem pierwszy raz porozmawiać na ten temat z psychoterapeutą, ale nie odczułem żadnej ulgi, nie znalazłem wyjaśnienia. Prowadząca powiedziała, że tego doświadczenia nie wyleczy żadna psychologia... Wtedy miałem już pewność, że chodzi właśnie o mnie.

W momencie poczułem, że ktoś obok mnie stanął. Czułem wyraźnie czyjąś obecność i ogromne ciepło, które mnie wchłaniało, obejmowało. Sekundę później usłyszałem kolejne słowa mówiące, że osoba ta czuje właśnie obecność Pana Jezusa przy sobie, który mówi do niej: "Synu, przylgnij do Mnie". Zauważyłem też, że w tym samym czasie kapłan przechodził obok mnie z Najświętszym Sakramentem. Pan zechciał uleczyć te momenty w moim życiu swoją miłością i bliskością, za co całym sobą Mu dziękuję. Chwała Panu!

KZ

c.d.n. :)


Porozmawiaj o XVII Tyskim Wieczorze Uwielbienia na naszym forum dyskusyjnym.



Dodaj do ulubionych w serwisie FaceBook:
 
Patronat nad dziełem Centrum Duchowości sprawuje Centralna Diakonia Modlitwy Ruchu Światło-Życie.
  • Strona główna
  • O centrum
  • Aktualności
  • Mapa serwisu
  Fabryka Pikseli - strony internetowe dla parafii , modyfikacje: , merytoryka: Diakonia Modlitwy. Wszystkie prawa zastrzeżone. ® All rights reserved.